Misja ks. Adama na Kubie

Opublikowano 3 listopada 2016 przez użytkownika Kamil w kategorii Bez kategorii

Nr konta bankowego ks. Adama:

13 1500 1344 1013 4015 6483 0000

 

List przedwielkanocny

Kochani przyjaciele!

Wielki Post to czas dość intensywny. Wygłosiłem 7 jednodniowych rekolekcji. Forma rekolekcji jest tu inna niż w Polsce. Wszystko odbywa się jednego dnia i ludzie są obecni w kościele ok 5 godzin. W tym roku były rekolekcje w formie medytacji, albo wprowadzeń do osobistej medytacji Słowa Bożego. Uczyliśmy się razem, bo głoszący jest zarazem słuchającym, wyzwolenia z lęku oraz osobistej wartości każdego z nas oraz o cenie jaką zapłacił za nas Jezus. Udało się przeprowadzić całodzienne adoracje Najświętszego Sakramentu we wspólnotach oraz przygotować ludzi do spowiedzi. Wiele pięknych spotkań, rozmów, spowiedzi… To wszystko dodaje radości i zabiera zmęczenie. Jezus wynagradza stokrotnie już tu, na ziemi. Dokończyłem budowy czwartego domu, udało się zakupić 40 par butów, co tutaj jest ogromnym wyczynem, hmmm także finansowym… Nie będę dodawał, że buty dzieciom wyhandlowałem z biskupem- tym od pralki wymienionej na farby- tym razem za paliwo od samolotu :). Niech tyle wystarczy… Teraz czekam na poród moich bliźniaków, ale to dopiero w połowie maja, więc zbieram i szukam rzeczy dla niemowlaków, wnuczków Teresy, których jej syn nie chciał… Tyle pogmatwanych historii, a za każdą z nich ludzki ból i zranienia i nie zawsze można jakoś pomóc. Stworzyłem okazjonalnie dwa nowe miejsca pracy… kupując palniki gazowe i maszynki do robienia kawy… Pomalowałem płoty przed kościołami, ale farby do ścian jeszcze nie ma, w sumie to już sześć miesięcy nie można kupić farby… Rozpoczęły się przejściowe trudności z benzyną- Wenezuela w kryzysie i nie benzyny- tzn. może kupić tylko rząd, nie wiem jak to będzie na święta, ale Pan Bóg się zatroszczy, w końcu ta wszystka benzyna to chyba Jego, On się niech jakoś dogaduje z tymi komunistami.

A, odniosłem sukces wychowawczy w kształtowaniu światopoglądu naukowego u mojego biskupa. Przestał lubić czerwonistów i podjął walkę, trochę się obawiam, czy oby nie poszedł za daleko… Zadzwonił w poniedziałek i poprosił, żebym szybko przyjechał… w takiej chwili robi się szybki rachunek sumienia 🙂 Zajeżdżam, a dumny biskup tłumaczy- nie będę już prosił, skarżył się, pisał podań. Tutaj jest prawo dżungli- kto głośniej krzyczy wygrywa… A przed domem biskupa odbywały się nocne hałaśliwe koncerty…. więc o spaniu można było zapomnieć, gdyż nawet ściany tańczyły w rytmie salsy… Biskup zamontował podwojone głośniki precesyjne i każdej nocy wkładając zatyczki do uszy zakłócał koncert piskiem starych głośników…a moc głośników, była większa od imprez miejskich, wszak Kościół jest zawsze potężniejszy od świata 🙂 Biskup uderzył się w piersi krzycząc: jak to jest dżungla to ja jestem gorylem krzyczącym najgłośniej, zobaczmy ile wytrzymają! O taka historia całkiem sympatyczna….

Jeżdżąc po wioskach czasami, regularnie co dwa tygodnie psuje się wyrób samochodopodobny… więc nocuję we wsi, u ludzi, albo w kaplicach- o ile mają dach i ściany:), w jednej była nawet woda i stworzonko Boże… W nocy, gdym pogrążony był we śnie głębokim jakiś potwór, szczur, albo i nawet małposzczur przysnął sobie przy moim boku, a gdy się przebudziłem ugryzł mnie w powiekę… No cóż, w takich sytuacjach mężczyzna walczy już tylko o życie, więc zalany krwią, przyłożyłem mokry materiał tzn moją koszulkę i położyłem się czekając na śmierć, a powieka stawała się coraz większa i większa. Doczekałem do rana i oko przestało się otwierać… ale od czego są lekarze 🙂 Teraz już wszystko w porządku i zdrowy jestem jak ryba, ale towarzystwa szczurów wolę raczej unikać… A takie czerwone i spuchnięte oko nawet dobrze się wkomponowało w Ewangelię o niewidomym od urodzenia 🙂

Czerwoni znowu zaczynają zadzierać nosa- tym razem otworzyli listy i paczkę do mnie, oczywiście wszystko w trosce o mnie i społeczeństwo socjalistyczne:). To pewnie za drogi krzyżowe na ulicach… ale zawsze dodaje modlitwę za społeczeństwo i pracowników służących mieszkańcom miast i wsi 🙂 Udało mi się stworzyć w dziesięciu domach punkty medytacji Ewangelii- tak poza kościołem gromadzi się nawet do 150 osób poza Mszą Świętą niedzielną. We środy przygotowuję animatorów tych spotkań ze Słowem Bożym, zobaczymy co z tego wyrośnie. Rośnie też grupka dzieci i młodych, więc mam się czym cieszyć.

Wszystko to takie zwykłe i codzienne, ale bardzo mnie cieszy, chociaż trudności nie brakuje. Wrócił szaman i rozpowiada o mnie dziwne historie i kłamstwa, chyba będę musiał poszukać zdechłego kota, a najlepiej krowę :), a może on też jest dzieckiem Boga?

Na święta ochrzczę 12 dorosłych, 7 par przygotowuje się do sakramentu małżeństwa, w okresie świątecznym ochrzczę ponad 30 dzieci.

W tym całym zamieszaniu i zabieganiu Jezus ciągle mi przypomina, żeby pierwsze było pierwsze- to znaczy bycie z Jezusem jest pierwszym powołaniem księdza i każdego wierzącego.

Dziękuję za wszystko za małe i wielkie wsparcie duchowe i materialne!

2 kwietnia 2017

Ks. Adam Wiński

Przyjaciele!

Dziękuję za maile, listy, życzenia i inne formy kontaktu i życzliwości, za te z królami szczególnie 🙂 Widzę i doświadczam jak Pan jest wobec mnie hojny- wobec tego mogę być spokojny, bo czy wszystkie pieniądze świata nie należą do Niego? Uczę się ciągle takiego niebiańskiego luzu wobec codzienności i problemów, zgodnie
z Ewangelią WOW ( ważniejsi od wróbli – takich ptaszków, żeby nie było 🙂 ).
W ostatnim czasie miałem wizytę pewnego przyjaciela z dalekich krajów, który delikatnie przy nocnych Polaków rozmowach powiedział: to wszystko co piszesz to jednak prawda… Tak prawda, ale taka widziana moimi oczyma
i sercem, a więc subiektywna ocena obiektywności. Czasami niektórzy czytają moje zapiski jak historie super bohatera, inni jak niewinnego wariata, a jeszcze inni jako mocarza wiary. A prawda gdzieś pośrodku i tym co mnie niesie nie jestem ja sam, ale Ktoś znacznie większy kto to wszystko w całość składa. Ja staram się tylko nie niszczyć tego, co On chce robić i czasami się mi to trochę udaje, ale nie zawsze. Jest w filmie o św. Filipie takie pytanie: dlaczego Ewangelia jest taka trudna? Odpowiada Filip: dlatego, że jest taka prosta! Ot i cała logika. Potrzeba nam wszystkim takiej ewangelicznej prostoty bez kombinowania i budowania po swojemu.
Ostatnio nieudolnie uczę się cierpliwości. Tak się złożyło, że przez tydzień nie miałem wody w domu, ale wiaderko a nawet dwa zaspokajały potrzeby życiowe, ale ile można. Specjaliści zawodowcy z Kurii biskupiej odkładali i odkładali przyjazd, a moja cierpliwość się kończyła. Do tego wykończył się samochód, a w zasadzie wyrób samochodopodobny … i zostawili mnie na prawie dwa tygodnie bez auta… i gdy już w czajniczku się gotowało zadzwoniłem do administratora kurii i wykrzyczałem wszystko, nieco znacznie wyolbrzymiając i strasząc, że walizka już spakowana przy drzwiach… I podziałało, po dwóch godzinach byli z pompami
i sprzętami, aby przywrócić wodę dawno utraconą. Można? Można! Po pół godzinnej pracy zaczęła płynąć woda- woda zimna, woda przeźroczysta, cudowna woda… Ile radości było we mnie i gościu 🙂 Wszak radość ulotna jest i już po dwóch dniach woda, wprawdzie płynęła cudnie, ale jej zapach…jakby ktoś martwy rozkładał się w cysternie… Spokojnie policzyłem do trzech i siarczyście pozdrowiłem pracowników kurii. Przeczyścili rury, ale zapomnieli, że nieczystości powinny wypłynąć do zlewów, a nie wrzucone pod ciśnieniem do cysterny… i tak jaszczurki nieboszczki dały znać o sobie i o myciu nie było już mowy… a była niedziela- dzień Pański i urodziny mojej osoby. Obchodziłem urodziny w samych gaciach w wielkiej cysternie myjąc ją dokładnie, a dzień był ciepły i słoneczny, jak to w zimie bywa 🙂 Przy okazji wyłożyłem się i zalałem krwią ludzką zdobywając dwie rany cięte… Cudownie opatrzone zaczęły się goić, a po tygodniu, gdy już wszystko powinno być na drodze do uzdrowienia, zaczęły pęcznieć, puchnąć i ropieć i inne tam takie. Okazało się, że wkradło się jakieś zapalenie i trzeba było, zdaniem miejscowych medyków rany otworzyć, oczyścić i zdezynfekować…Teraz już wiem- na męczennika stanowczo się nie nadaję. Cóż, Wielki Post zacząłem trochę wcześniej, a widok otwieranych skalpelem ran nie należał do najprzyjemniejszych… ale już wszystko doskonale i na pewno do wesela się zagoją :). Kolejna życiowa lekcja: Rany trzeba oczyścić, nawet jak to boli…
Spalił się dom dla Nicola. Został tylko w tym, co miał na sobie. Ogłosiłem zbiórkę i ludzie wiele przynieśli… Swoich rzeczy też trochę oddałem i pieniędzy na budowy kaplic też- ale uzgodniłem to z Jezusem- nie miał nic przeciwko :). Rozwaliła mnie jedna sytuacja. Ramoncito- lekko opóźniony w rozwoju, dorosły już mężczyzna zauważył, że jego siostra z którą mieszka przygotowała dary dla pogorzelca. Popatrzył na nie i poszedł do biednego domu- przyniósł czapkę z daszkiem- popatrzył na mnie i oddał czapkę- To dla Nicola- dodał. Po chwili zabrał mi czapkę
i zdjął z głowy swoją- prawie nową- oddał mi ją i dodał- tę starą zachowam dla siebie, a ksiądz zabierze tę nową dla Nicola. Uronił łzę i oddał nową czapkę, a nie była to zwykła czapka, ale amerykańska. Oddał to, co najlepsze i najdroższe
i zagraniczne i to go zabolało… I mnie zawstydził i wychował lekko opóźniony Ramoncito…
Buduję kolejny dom i trwa teraz akcja buty dzieciom…niektóre nie chodzą do kościoła bo nie mają ani jednej pary butów… udało się tylko w tym roku zakupić 12 par, ale potrzeby znacznie znacznie większe, więc jeżdżę z notatnikiem i patrzę ludziom na nogi.
Naprawdę nie wiem jak ja mnożę te pieniądze. Nie mając nic prawie zatrudniłem kolejne dwie osoby. Odalis zajmie się sprzątaniem kaplicy, a ja zbuduję jej dom, wyposażę i będę płacił miesięcznie niewielką sumę pieniędzy- żyje z dwójką dzieci w chatce ulepionej z błota i jedzą tylko ryż z fasolą… Teraz będzie trochę lepiej. Odalis jest przeradosna, a kaplica lśni…
Ociel ma 28 lat i dwójkę dzieci, żona nie pracuje, bo nie ma kto zająć się dziećmi… Przyszedł płacząc, że już nie może, zarabia 13 dolarów, a jego kobieta w ciąży- chce jak mówi sacar la barriga- wyrzucić brzuch, tak delikatnie mówi się o aborcji w kraju aborcji… Najpierw słucham, później współczuje, później tłumaczę…że chce zwyczajnie zabić dziecko… ale nie dociera- nie widzi przyszłości… Więc dodaję spokojnie, ale mocno: to wybierzmy razem, które dziecko zabijesz- masz przecież trojkę dzieci… może zostaw to najmniejsze, bezbronne w łonie twojej żony, a zabij najstarsze- spokojnie proponuję. Oburzony wykrzykuje jak tak można mówić- więc racjonalizuje- większe dziecko wymaga więcej jedzenia, ubranek do szkoły itp… więc może lepiej… Napięcie opada- podaję Ocielowi kawę i gadamy o wszystkim
i niczym… wiele w nim lęku i starych ran… Już wie, że sacar la barriga to zabić dziecko, ale to stanowczo za mało… Więc będę miał kolejne dziecko!!!!! Alleluja!!! A Ociel będzie sprzątał podwórko i teren przy kościele, a ja będę utrzymywał dzieciątko 🙂 jestem dumnym pół tatusiem kolejnego- szóstego już dziecka… Jeszcze nie wiem jak to wszystko połączę w całość, ale niech martwi się Dawca Życia. Bo nędzą i problemem nie jest brak pieniędzy, prawdziwą nędzą
i problemem jest brak wiary! WOW- ważniejsi od wróbli.
Ot, i takie moje codzienności. Zwykłe życie zwykłego księdza w miastowiosce… zachwyca mnie i zdumiewa jak po tej miastowiosce przechadza się On- Bóg troski
i czułości, co nigdy nie zapomina, że jest Dobrym Ojcem. Bóg jest dobry!
Dziękuję codziennie Bogu za Was!
Wasz Adam
Jiguani 27 lutego 2017

Przyjaciele, czytelnicy znajomi i mniej znajomi, ale bliscy,

Zostałem przynaglony, że długo już żadnego listu… dlatego piszę słów kilka o zwykłej codzienności, zwykłej i zarazem niezwykłej, bo przecież w tej szarej rzeczywistości i w codziennej rutynie znalazł swoje umiłowane miejsce nasz Pan. W szarości Nazaretu przychodzi do Maryi, aby wsłuchać się w Jej słodkie fiat – tak Panie. W szarości dnia Pan zasiadał do stołu z przyjaciółmi i w spiekocie dnia – wiem coś o tym J – rozmawiał ze zwykłymi ludźmi. Piszę o tym, bo kocham moją codzienność i widzę w niej Niecodziennego, który codziennie na wiele sposobów zaskakuje. Muszę tylko codziennie otwierać oczy, aby Go nie przegapić w tym co zwykłe Obecności Niezwykłego Boga, który codziennie czymś zaskakuje.

Za moją przyczyną zabrali Eneliste do szpitala psychiatrycznego. Kobieta około pięćdziesiątki, niegdyś znana i ceniona adwokat, dziś chora psychicznie. Nie przeszkadzało mi jak przychodziła w prześcieradle na głowie i mówiła do mnie Panie Jezu kocham Cię… nie przeszkadzało mi nawet jak pisała do intencji za zmarłych wszystkich swoich żyjących sąsiadów… nawet jak upiekła mi ciastka z gruzem z ulicy… podziękowałem i poprosiłem o wszystkie jakie ma, żeby się tego nie najadła… ale jak położyła się niczym Ewa w raju na schodach kościoła i pchała się do domu, aby spać ze mną… tego było za wiele… Jest w szpitalu, byłem, aby ją odwiedzić… teraz spokojna i uśmiechnięta… ale to przecież też moja owieczka.

Spalił się dom Nicolasowi, spalił się cały, a tak cieszył się nowym nabytkiem rowerem… Będę teraz mógł zawsze być w kościele – mówił. Rower też się spalił… Pomogłem trochę i mam nadzieję na odbudowę domu jak najszybciej. Nicolas powiedział, przy całym moim bieganiu i szukaniu pomocy- Spokojnie Padre- Bóg jest od nas większy, On się zatroszczy, czyż nie On ocalił moje życie?

Ochrzciłem w styczniu 38 dzieciaków, rodzicie co prawda nieochrzczeni i nie mający zamiaru bycia wierzącymi… Postanowiłem odwiedzać ich co dwa miesiące, aby sprawdzić jak się mają. Ochrzciłem 7 dorosłych. Teraz pełni zapału i entuzjazmu są obecni na wszystkim, co się dzieje.

Partia ma się dobrze, ale troszkę jakby mniej mnie lubią, ale czy wszyscy muszą mnie lubić? A było to tak… Uroczystości miejskie łączą się z religijnymi. 25 stycznia świętujemy nawrócenie św. Pawła, patrona miasta – niegdyś bowiem miasto zwało się san Pablo de Jiguani, świętego później wycięto, bo jakoś nie pasował… Ile się naprosiłem na-sztucznie-uśmiechałem, aby zrobić procesję jak przed rewolucją… jedna odmowa, druga- w końcu jakoś się zgodzili- tak na próbę… Po uroczystej Mszy Świętej – aby było uroczyściej – przyznaję – wynająłem dwie ciężarówki, aby przywieźli ludzi z innych wiosek… w sumie 200 przyjezdnych tak w ukryciu, aby władza nie wiedziała… Ale władza jak to władza… Po uroczystej Mszy Świętej dumnie ruszyłem z procesją, nawet głośniki wypożyczyłem z miasta dalekiego, aby było słychać Kościół… Idziemy wieczorem już ciemno, po dwudziestej… i krew się we mnie gotuje, jestem gotów zabrać miecz Pawłowi, aby porozwalać czerwonogłówce… Przed procesją ulicami, gdzie mieliśmy przejść, puścili, czego nigdy wcześniej nie było, stada koni i krów- chyba z całego powiatu… Co za poniżenie i pogarda… a z własnego doświadczenia wiem, że nie ma nic gorszego niż urażona kapłańska duma J, no może gorsza jest jeszcze zakonna J, więc ruszyłem przez wszystkie te gówna do zwycięstwa… Czerwony ze wstydu zatrzymałem procesję i na wydechu, spokojnie zacząłem nieprzewidywaną stację modląc się za sprawujących władzę- i tutaj się nie powstrzymałem – bo wydaje się, że przed nami był tu ich przemarsz… i wszystko zamarło, a ja rozpocząłem śpiew nabożny, jednak nie czułem się usatysfakcjonowany tak zupełnie. Lud śpiewał dumnie i głośno, brzmiały donośnie modlitwy, a buty moje oklejały się coraz bardziej bydlęcymi odchodami,  a było to wszystko celowe… Dałem tajny znak parafianom, aby z radością zbierali na butach, klapkach odchody z ulicy, bo zaraz ostatnia już stacja… przy budynku partii, gdzie światło, flagi, wodzowie dumni stoją… Zboczyłem z drogi tak, aby wszyscy przemaszerowali dumnie po placu partyjnym… i białe marmury nie były już takie białe, a wodzowie regionalni czerwoni jakom i ja na początku. Ale ja pokorny sługa pański wytarłem buty na posadzkach partii i urządziłem stację prosząc ministranta o mega wielką ilość zdjęć szczególnie czystej podłogi partii. Wszak to święto miasta… Modliłem się za wszystkich mieszkańców i udzieliłem błogosławieństwa… I wróciliśmy do kościoła. Święto udane, Pan Bóg pisze prosto na krzywych liniach, nawet tych partyjnych.  A ja przeprosiłem Pana za moje złości…

Ale tak się wszystko skończyć nie mogło. Wyłączyli nie celowo oczywiście J telefon, zablokowali pocztę mailową, zagrozili mandatami za papierek przed kościołem, a wieczorem wysypali przyczepę śmieci przed wejściem do kościoła… chcąc nie- chcąc skruszony niczym król Henryk do papieża Grzegorza odziany w pokutę i przyobleczony w wino domowej roboty oraz zestaw mydeł dla wszystkich towarzyszy i ich małżonekJ jak gdyby nigdy nic, z uśmiechem przekroczyłem progi, czystego już budynku partii. Uściskałem dłoń sekretarza i powiedziałem: Ja bardzo dziękuję za wszystko. Wszystko przebiegło tak pięknie i uroczyście… ludzie są bardzo zadowoleni.  I mam takie drobne wyrazy wdzięczności – podałem wino – i jak to w moim stylu bywa – otwierając je – poprosiłem o wspólny toast za wspólną przyjaźń i współpracę. I temperatura przyjaciół z gównianego domu opadła. Ale ja nie zadowalam się miernotą i skoro już prawie mam ich w garści – ale nie mam telefonu, poczty ale za to gruzy i śmieci… więc z uśmiechem wyjmuję komputer i mówię: Napisałem list do kościelnej gazety w Hawanie jak to pięknie świętowaliśmy wspólnie  i będą nawet zdjęcia – i pokazałem, oczywiście pokornie ze spuszczoną głową, zdjęcie sprzed partii pokrytej końskim gównami i mnie dumnie przemawiającego… I sekretarz odstawił szklankę z winem, a było to przecież wyjątkowo dobre wino, wszak z piwniczki plebanaJ. Usiedliśmy jak przyjaciele na kanapie i zrozumiałem, że tak nie można, że te brudne podłogi będą źle odebrane w Hawanie i tak dalej… Ale co jak mogę zrobić, jak nie mogę wysłać maila z korektą zdjęć, nie wiem jakaś dziwna blokada… i zaraz poczta zaczęła funkcjonować… Ni dając satysfakcji władzy ludowej zapytuję pokornie o inne zdjęcia i tak jakoś przez pomyłkę wskakuje zdjęcie ze śmieciami sprzed kościoła wysypanymi przez nieznanych sprawców… I już wieczorem było czysto przed Domem Bożym… A jako żem człowiek honoru zdjęcia skasowałem i zakończyliśmy spotkanie na szczycie… zwycięstwem po stronie tej lepszej. Wróciłem do domu i przeprosiłem Jezusa za moje złości i szyderstwa i nie dopowiedzenia… O takie moje codzienności, ale w tym wszystkim łaski Bożej nie brakuje i natchnień dobrych Pan nie skąpi. A ludzi mam dobrych i troskliwych, więcej czego mi  trzeba?

Dzięki za przyjaźń i maile i modlitwę i bliskość

Adam                                                   28.01.2017

O świętowaniu i zdechłym kocie – list noworoczny

Kochani przyjaciele!

Czas świąt to czas pamięci o bliskich i kochanych. Pamiętałem o Was w czasie Mszy Św. Pasterskiej oraz w drodze do kaplic i ludzi, którzy niczym pasterze czekali na anioła, który im powie: nie bójcie się, Bóg się Wam narodził. Moje świętowanie trochę inne, ale w tym inne całe piękno i błogosławieństwo. W tych dwóch dniach chciałem naprawdę dotrzeć do wszystkich, aby podzielić się radością z Jego narodzenia. To w końcu urodziny  Szefa, więc trzeba je porządnie świętować ☺

Kilka słów o trudnościach misjonarza. Zagrożeniem dla wiary są różnego rodzaju sekty protestanckie oraz plemienne. Jedną z misji Kościoła jest wyzwalanie ludzi ze  strachu i lęków. Sekty plemienne pochodzenia afrokubańskiego wywołują w ludziach strach zupełnie nieracjonalny. Jedna z sekt zwana santoria obchodzi wielkie święto 17  grudnia – w dzień wspomnienia Łazarza. Szaman przyszedł do mnie i prosił o wypożyczenie świątyni na cele modlitewne. Oczywiście ucieszyłem się i powiedziałem, że chętnie odprawię Mszę Świętą i wygłoszę katechezę. Szaman chciał jednak tylko kościół, więc pokazałem mu grzecznie drzwi z drugiej strony. Wrócił z drugim śmiesznym panem z koralami i w białym kitlu i straszył, przeklinał, zapowiadał chorobę. A ja błogosławiłem. Rzucając wyzwiska poszedł. Po trzech dniach woda w moim domu zaczęła dziwnie pachnieć.… Czary zaczęły działać …przestraszna klątwa zapadła… W zamkniętym zbiorniku na wodę znalazłem… zdechłego kota… Zapowiedź przekleństwa i choroby mogłaby się spełnić, gdyby nie moja przebiegłość… Cóż, wodę trzeba było zmienić, a zbiorniki umyć, ale co zrobić z kotem? Teraz tylko dla wytrwałych i niezbyt wrażliwych. Kotka umyłem :), było to obrzydliwe i o 3 nad ranem odniosłem rodzinie, gdzie były sprawowane kulty i gdzie spał przyjezdny i grubo opłacany szaman. Zawiązałem nawet piękną czerwoną kokardkę na szyi kotka i zawiesiłem na kracie przed domem- dla brujera (szamana) to największe przekleństwo i strach dla rodziny, dla mnie trochę obrzydliwe spacerować nocą z kotkiem niemotkiem, nawet nie miauczał kiciuś… Rano oburzenie wśród czcicieli santorii, jak to się stało, co to zapowiada… Szaman nie wie co na to odpowiedzieć, więc rodzina biegnie do kapłana po… wodę święconą… Uśmiecham się i tłumaczę nie mam, trzeba do Wielkanocy poczekać, ale jak tu taka sytuacja i klątwa… to ja nic nie mogę poradzić… no, chyba, że wyjedzie i nigdy nie wróci szaman to może może…. ale wody to muszę szukać w Bayamo, u biskupa, a paliwa nie ma i owa woda dużo kosztuje (dowiedziałem się, że czarodziej otrzymał 150 CUC- odpowiednik 150 euro, podczas gdy człowiek zarabia 13 CUC!!!!). wszystko razem wzięte to koszt ok 200 CUC, ale jak nie macie… trudno…może klątwa nie będzie taka silna…. I zamknąłem drzwi… za godzinę wracają… pobudzeni i zdenerwowani… wszak musieli przegnać szamana zabierając mu zarobione pieniądze… ale tłumaczą, że mają tylko 150… krzywię się, ale ofiarę przyjmuję (w pokorze jako znak zwycięstwa nad szamanem ☺), niech szaman wraca bez pieniędzy i sukcesu… Wieczorem błogosławię dom wodą święconą- hmmm, trochę drogą ☺ i obiecuję, że te ciemne kulty pogańskie nie wrócą nigdy… ale ludzie pytają co z kotem? obiecuję, że nocą cudownie zniknie, ale muszą na otworach okiennych zawiesić ciemne zasłony… a nocą kleryk wypożyczony z sąsiedniego miasteczka…za 20 CUC… odniósł mi kotka, który został zakopany w ogrodzie…. Ot i moc kultów pogańskich… Rodziny co prawda nie nawróciłem, ale za to szaman nigdy nie wróci… poszukają innego… Nieszczęścia minęły, szaman zdenerwowany obiecał nie wrócić, a ludzie spokojni….  a i mnie funduszy przybyło na lody i ciastka dzieciom… w końcu się napracowałem 🙂

Teraz o świętach…

W dzień wigilijny przygotowałem iście wigilijny stół, który co prawda zapakowałem do plastikowego pojemnika i ruszyłem w drogę. Drogę niedaleką, ale wypełnioną pasterkami o której ilości nie wspomnę, aby nie gorszyć liturgiczyków… Pomiędzy trzecią, a czwartą… zrobiłem krótką przerwę nad umiłowaną rzeczką i po bożonarodzeniowej kąpieli zasiadłem do wigilii przypominając sobie, ze zapomniałem widelczyków, ale do czego Pan Bóg stworzył wszelkiego rodzaju patyki i patyczki ☺. A oto dwanaście potraw, żeby nie było, że ja jakiś modernista: ryż (jakżeby mogło go zabraknąć), tuńczyk z puszki, groszek zielony z puszki, kukurydza z puszki, oliwki z puszki, kawałki sera własnej produkcji, sól, pieprz, ketchup, jajko,  a do tego woda zimna z kawałkami lodu. I mamy dwanaście… Naprawę bez iście księdzowego nadęcia poczułem klimat Bożego Narodzenia siedząc przy moim żłobie i mocząc nogi w ciepłej wodzie, a gadzina żmijowata nie przyszła na święta- wszak miejsce to samo. Tym razem nie spałem, po sytej wieczerzy ruszyłem do kolejnej wspólnoty i to jeszcze dzisiaj nie przedostatniej…. Ludzie cieszą się ze Świąt i wszystko jakieś takie inne- przypomniała mi się walka ze świniakiem z poprzedniego roku, tym razem prosiak gdzie indziej, świeżo że tak powiem przygotowany… szkoda mi go trochę, sam dostałem, karmiłem jak dziecko butelką, patrzyłem jak rośnie… ale dosyć sentymentalizmów… niech  świnia zna swoje miejsce! Ludzie upiekli mięso i były śpiewy, przedstawienie Bożonarodzeniowe i ruszyłem dalej…a to ciągle jeden i ten sam dzień…

W takich dniach odkrywam na nowo i raduję się z faktu bycia księdzem. Widzieć radość ludzi i ich skupienie pomimo 30 stopniowego upału i słońca wynagradza cały trud. Iść do ludzi z jedyną ofertą jaką mamy… nie pięknymi słowami, ozdóbkami świątecznymi, ale z jedynym skarbem wierzących – z Jezusem. I uświadomić sobie po raz kolejny, że nic więcej zaoferować nie mogę i nic więcej nie jest potrzebne.

W kolejnych wspólnotach była Eucharystia, jasełka, gdzie Jezusowi w darach przynoszą trzcinę cukrową, mleko i miód… W tym roku kupiłem każdemu dziecku napój w puszce i ciasteczka… było tego trochę, ale ile radości…

W niedzielę byłem prawie umarły, więc tylko 4 Msze Święte i położyłem się i zasnąłem. Tyle mojego świętowania….

We wtorek mieliśmy świętowanie kapłańskie i zakonne, jak zwykle zabawne i wypełnione śmiechem i wspólną zabawą. Nawet wygrałem z kubańczykami w domino ☺. Ciekawe spotkania i rozmowy z mieszanką całego świata, wiec i kolędy w dziewięciu językach. Z biskupich wyliczanek wiadomo, że w naszej diecezji na jednego księdza przypada średnio 11700 ludzi, więc pomyślałem sobie jest co robić i kogo szukać, tym bardziej, że moja parafia jest druga – po katedrze – co do wielkości…

Od środy do piątku mieliśmy spotkanie księży Polaków, więc totalne wyluzowanie i pobycie razem i wygadanie się mową polską.

Czas  na Kubie mija szybko…

Aha i odkryłem przy okazji nowe prawo Kuby. Obywatel mojej części wyspy nie ma prawa przebywać w Hawanie bez pozwolenia, a tym bardziej tam zamieszkać. Jeden z młodych pojechał na dni skupienia do zakonu i spotkał policję i został deportowany… w ramach swojego kraju…

Wielkie dzięki za przyjaźń, życzenia, pamięć, modlitwę i pomoc.

Adam Wiński

______________________________________________________________________________________________________

List Grudniowy

Słów kilka o królu popiołku…

Już ponad tydzień trwają uroczystości. I jakże różnie są obchodzone w kraju i za granicą. W Miami ludzie wyszli na ulicę i świętują, tutaj jak w czerwoniźmie wszystko pod dyktando. Dzieci składają kwiaty, ludzie obowiązkowo wpisują się do księgi kondolencyjnej, obowiązkowe apele, kwiaty, których przecież nigdy nie ma i nie można ich kupić. Wszyscy jednogłośnie współczują, płaczą i ochoczo uczestniczą w obowiązkowych przecież przedstawieniach. A wszystko to inicjatywy oddolne organizowane odgórnie. W sobotę popiołek przyjedzie do mojej miasto-wioski przejedzie ulicami i pojedzie. Doświadczamy z tego konkretnych korzyści, zalali dziury w drodze betonem i czarną smołą, chyba, żeby popiołka przygotować do smoły. Nie ma w tym żadnej radości, bo patrzymy na zgliszcza zrujnowanego kraju, a pocieszenie znikąd nie nadchodzi. Wyrazem bólu narodowego jest zakaz słuchania muzyki, a nawet chodzenia w słuchawkach. Czterech młodych w moim mieście aresztowano, bo szli ze słuchawkami na uszach. Ot tyle wolności. Zaklejono w sklepach czarnym papierem wszystkie stoiska z alkoholem i trwa już ponad tydzień. A pijanego na placu człowieka zabrała policja, posiedzi sobie wróg narodu. To wszystko dzieje się na moich oczach smutna prymitywna propaganda. A ludzie, niektórzy, wychowani w tym systemie mówią o bólu i chcą Mszy za popiołka, szanuję wodę w mózgach i mówię módlcie się- macie prawo, ale nie zmuszajcie mnie do tego. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że szanuję ostatnią wolę tego, który nie chciał. Wszystko to przygnębiające, jedynie zaklejone w drodze dziury cieszą. Patriotyzm został zrównany z partią, więc nie komentuję i zostawiam politykę politykom i spokojnie pomagam przy układaniu płytek podłogowych, pomagam, bo jak zostawię pracowników to jakoś przedziwnie liczba płytek spada….

Przedłużyli mi dowód osobisty i pozwolenie pobytu na dwa lata. Wiele się dzieje, szkoda, że nie w głowach ludzi. Rozumiem, że oni nie mogą, nie umieją inaczej, więc nie tłumaczę, nie komentuję, nie słucham – widzę krzywdę ludzi i szerzący się strach i zakłamanie.

Oczywiście wszystko się skończy, zgliszcza jednak pozostaną. To, co wydawało się wieczne i nieśmiertelne okazało się zwykłe i małe. To tyle.

Żołądek mój to taki jurajski park, a w nim psalmowo: zwierzątek bez liku, istot podziemnych, morskich, pełzających. Czasami przychodzi jakieś coś, że chwilowo padam, ale mnie nawet żmije nie zjedzą jadowite. Ostatnio znowu jakieś dengi, malarie czy inne się odezwały. Na chwilę odebrało wzrok widziałem jak w starym telewizorze w paski i następnie śnieżenie. Dotarłem do łóżka, a w nocy obudziłem się zlany potem i z bólem brzucha. Zdążyłem dobiec do łazienki, następnego dnia Mszy nie było, koło południa znaleźli mnie na podłodze w domu. Wrażliwi dalej nie czytać- podłoga od łazienki do łóżka była koloru brązowego, a i ja również. Szczegółów oszczędzam… Nie mam białek w oczach tylko czerwonizm się udzielił chyba, ale przejdzie, mam ziółka szamańskie jakieś…

Przyszli towarzysze z partii, że dlaczego ja nie wyrażam bólu i smutku. Więc zaprosiłem na wspólny różaniec- nie chcieli… Mówię, wszak nawet dzwon nie dzwoni (nie działa od 4 miesięcy) a w niedzielę organy nie grały (zepsuły się) i nawet Chwała na wysokości nie było (w Adwencie nie ma), a oni niezadowoleni, nawet kawy nie chcą- w sumie też bym nie chciał, bo jak w czerwonizmie – 50% kawy wymieszanej ze zbożem, bo zdaniem panów narodu zdrowiej, przemilczając, że lepsza cześć idzie dla turystów… chcą mojego wpisu do księgi kondolencyjnej… tłumaczę, że nie chcę, nie mogę, że czekam na deklarację Kościoła i idą sobie. Odwiedzają wszystkich w mieście, którzy nie wpisali się do księgi… wieczorem przychodzi sam sekretarz z żoną, niby nie oficjalnie, wszak obiecał pomoc przy malowaniu kościoła…. Przekonał mnie, wpiszę się, a dlaczego by nie, ale po polsku, aby księga miała większą wartość, później ewentualnie przetłumaczę, ale później. Teraz tekst- słowa muszą być nie przetłumaczalne przez Google i obcokrajowców, ale im chodzi pewnie tylko o wpis… Wyrażam współczucie mojemu ukochanemu ludowi i parafianom z powodu trwających od prawie sześćdziesięciu lat czerwonizmu i pamiętajmy, że wszystko mija – nawet najpodlejsza żmija i trzeba pozostać wiernymi aż do końca. Łaska Boża jest zawsze większa i hasta a la Victoria dla nas, czyli tylko przylgnięcie do Chrystusa ratuje!

W jedności z narodem ksiądz katolicki, proboszcz Jiguani Adam Winski, dnia pierwszego grudnia 2016 roku w liturgiczne wspomnienie Charles de Foucauld, którego zabili wrogowie Kościoła, którego nikt nigdy nie zniszczy, bo z Boga jest!

Niektóre słowa celowo zapisane niewyraźnie… a niech mają, zostanę na wiecznej rzeczy pamiątkę….

Pojawiły się pomidory, jakiś dodatek do szarej rzeczywistości. W poniedziałek druga tura zjazdu kapłańskiego u mnie, więc będzie chwila relaxu i długie nocne Polaków rozmowy. To tyle, tak na świeżo, żebyście wiedzieli.

Wasz Adam

P.S: Partia obiecała dać pracowników darmowo na malowanie z zewnątrz kościoła…


Pospolici bandyci czy Zacheusze? list numer 21

 

Przyjaciele!

 

Fakt, dawno nie pisałem już listów na które nikt nie odpisuje. Dlatego przynaglony przez czytelnika z pałacu piszę 🙂 U mnie bez zmian. Życie płynie wypełnione coraz to nowymi pomysłami i codzienną pracą. Więcej czasu poświęcam małym wspólnotom w terenie, na wsiach. Głoszę katechezy, przygotowuję do sakramentów, kąpię się z dzieciakami w rzece, odwiedzam chorych, rozmawiam z ludźmi – codzienność kapłańska. Kiedy wracam jest już ciemno, czytam, przygotowuję katechezy, homilie, spotkania i modlę się – coraz częściej na dachu niż w kościele. Życie w miastach toczy się też na dachach. Nie tylko suszy się tu pranie i gromadzi zbiorniki z wodą, ale uprawia rośliny – moje dwa pomidorowe krzaki rosną całkiem nieźle – i.. żyje. Na dachu spotykają się sąsiadki. Na dachu zakochani przeżywają, że tak napiszę, pierwszą miłość… (żeby nie było –  ja na dachu tylko modlę się i czytam). Ulice szare i brudne, a dach daje perspektywę i poczucie wolności. I widać gwiazdy, można pomarzyć i pomyśleć o tych, co daleko. Przed tygodniem zauważyłem pozostałości po zjedzonych winogronach, hmm także te wychodzące z człowieka… Najpierw myślałem, ze to ptaki albo jakiś zwierzak leśny czy polny, ale pańskie oko… Jednego wieczoru usłyszałem szelesty na dachu wśród winogron. Odczekałem chwilkę i wygasiłem światła i wdrapałem się na dach. Ciemno i wietrznie. Poświeciłem latarką i zobaczyłem coś małego ukrytego w kącie. Zgasiłem latarkę i zaświeciły się oczy… Aha, mam was bandyci! Dwóch dzieciaków Mario i Afro zajadali sobie winogrona, pewnie już kolejny dzień zostawiając po sobie ślady. Krzyknąłem: wyłazić tu policja… Wyszli i zaczęli tłumaczyć, że to nie oni i że szukają piłki i w ogóle, że to afro, a afro, że ten drugi… Byli wystraszeni, a ja prawdę mówiąc rozbawiony… Dałem im winogrona i powiedziałem, żeby spadali i żeby wrócili jutro. Teraz Afro i Mario to moi koledzy. Siadamy razem na dachu i gadamy o świecie. Dialogi to przedziwne, a chłopaki inteligentni. Jeden z nich nawet ochrzczony, ale nie bardzo wiedział co to kościół i ksiądz. Zapytał mnie czy mieszkam sam, później o moją żonę i dzieci…

Moi bandyci to tacy Zacheusze szukający nie tylko jedzenia, ale i sensu wszystkiego. Dzieciaki 11 letnie z pogmatwanymi historiami, jak to na Kubie.

Mario mieszka z babcią, ojciec nieznany, matka pielęgniarka pracuje w Wenezueli. Opowiada mi o samotności, ale zarazem rozumie, że dzięki pracy mamy ma jedzenie, dobre ubrania i normalne życie (choć obaj przychodzą, a w zasadzie wdrapują się po ścianie boso). W szkole uwielbiał kabaret, ale nauczyciel wyemigrował do Ekwadoru, a przedstawienie było już prawie gotowe… Wszyscy mnie opuszczają –  dodaje – el maestro był dla mnie jak ojciec… Mówi, że boi się o mamę, bo w Wenezueli niebezpiecznie… Doskonale rozumie politykę Kuby – to konieczne, żeby mama tam pracowała- zostało jej jeszcze dwa lata- dzięki temu rząd ma benzynę… Ten rząd – pochyla się nad uchem- to jedna wielka kupa… Jesteśmy chyba najbardziej zacofani na świecie…

-Patrz  pozytywnie –  walnął go w głowę Afro – kto tak ma jak my, darmowa edukacja, służba zdrowia – nie jest tak źle…

Afro, jak był mały to spadł z dachu. Był w śpiączce – do tej pory zbiera mu się płyn pod czaszką. Dostałem drugie życie – mówi Afro – a ta woda pod czaszką to nie rak, więc spoko. Afro mieszka z matką i rodziną ciotki, co pracuje w banku – Afro zapewnia, że jak potrzebuję zamienić pieniądze to on załatwi… Ma jednego brata, ale siedzi w więzieniu dla nieletnich – prawie zabił ojca pijaka, jak ich bił z maczetą w ręku… Mój brat to bohater – dodaje smutny – uratował mnie i mamę. Żyjemy dzięki pomocy ciotki ze Stanów – wysyła nam miesięcznie 50 dolarów… ja nigdy nie chcę stąd wyjechać, tu jest mój dom… Co innego ty – mówi do mnie – ty masz misję na tym świecie… Afro ma w domu dużego psa, który będzie miał małe, obiecał, że przyniesie do polania wodą w kościele 🙂

Gadamy o wszystkim jedząc zielone winogrona, a na koniec daję im paczkę ciastek i obiecują wrócić, a może nawet przyjść na Mszę Świętą…

Takie codzienne spotkania ze zwykłymi ludźmi… coś w tym jest, że ludzie często przychodzą do księdza jak do ostatniej instancji. Jak już lekarz, szaman i wróżka nie pomogą. Wielokrotnie przychodzą jak już po ludzku nic nie da się zrobić, ani prawie nawet nic powiedzieć. Wtedy można tylko przytulić, dać świadectwo i pomilczeć razem. Takich rozmów chyba wszyscy kapłani mają wiele- choroby, rozbite małżeństwo, totalny kryzys, dno nałogów… Ksiądz to jak taki śmietnik, gdzie każdy może wyrzucić to co w nim śmierdzi i gnije… I aby tym nie przesiąknąć trzeba to wyrzucać przed Nim, na kolanach. Bycie Bożym śmietnikiem to piękna misja, choć czasami śmierdzi.

Mam też wiele radości – w tym roku ponad 100 dzieci na katechezie… nigdy tyle nie było. Uwielbiam to życie, ten bałagan w salkach, w moim domu, wszędzie po niedzielnej Eucharystii. Jest jedna dziewczynka, która od roku przynosi mi jednego kwiatka i daje buziaka przede Mszą… Skończyłem drugi dom i trwają prace przy trzecim. Naprawiliśmy trzy zerwane przez huragan dachy. Kupiłem cement, aby wylać podłogi w jednej kaplic. Kupiłem trzy kolejne materace dla obłożnie chorych… Wykupuję leki chorym dzieciom, mam już ich 5. Wszystko toczy się tak zwyczajnie, a tej codzienności najpiękniejsze jest to, że ON jest!

Dzięki za przyjaźń, bliskość, modlitwę i wsparcie!

Adam

26 pażdziernika 2016


U mnie wszystko w porządku! P.S. Co to jest huragan?

Minął tydzień nieco inny od wszystkich. Od jakiegoś czasu trwały przygotowania do cyklonu, który miał przyjść. Wszystko nabrało rozpędu, kiedy zaczęto ewakuować ludzi z domów na wsi i na terenie pagórkowatym. Wykorzystałem ten czas, aby spotkać się z ewakuowanymi i wysłuchać ich historii i potrzeb duchowych i materialnych także. Człowiek potrzebuje być wysłuchany i zauważony. Czasami traktujemy biednych i potrzebujących zbyt instrumentalnie – pomóc i koniec, zapominając, że pierwsze są potrzeby ludzkie i duchowe.
Ewakuowałem salki katechetyczne – te pięknie odnowione, pomalowane z obrazkami dla dzieci. Nocą wdarła się tam woda, w czasie huraganowym dużo i intensywnie pada. Wyszedłem, nie mogłem patrzeć jak niszczeje ,,moje dzieło’’. Uroniłem nawet łezkę jak woda była w salkach po kolana i pomyślałem: ot ty stary durniu, przyleciałeś tu salki malować i domy stawiać? Przecież nie znasz się na tym (pomijając, że księża nie tylko znają się na wszystkim, ale znają się na wszystkim lepiej… hmmm prawie jak żony…), więc buduj Kościół. I poszedłem odwiedzać ludzi… hmm ewakuowałem 12 osób do siebie… 12 osób… jak Apostołów… głównie starsi i schorowani, samotni i miałem z nimi rekolekcje i gotowaliśmy razem… dodam, że 9 z nich nie miało nic wspólnego z Kościołem… Tak przestałem myśleć o salkach, a zacząłem o moich apostołach, co by nie namokli zbytnio… Prawie jak w Decameronie wsłuchiwałem się w ich życie i historie trudne, piękne, normalne i mniej normalne. Bez oceniania, przykładania miarek, patrzenia na zegarek (w sumie to ja nie mam zegarka, jakby ktoś myślał nad prezentem świąteczno-imieninowym 🙂 ). Dziwne, inni ludzie, nieznani, a stali się tacy bliscy. O błogosławiony huraganie!
Wspólne mieszkanie trwało dwa dni, później wrócili do swoich domów. Huragan w tej części wyspy przebiegł wyjątkowo spokojnie. Brakowało prądu, telefonu przez dwa dni… kilka zerwanych dachów, połamanych drzew… Wielkie szkody wyrządził jakieś 200 km ode mnie w Baracoa. Wielu ludzi bez domów, bo wszystko porwał huragan. Teraz organizujemy pomoc dla nich. Więc jak zwykle moje oszczędności sięgają dna, ale to błogosławione dno, bo od niego się wszystko zaczyna i gdy jest już prawie źle, dzieje się coś niezwykłego. Pan Bóg ma dużo pieniędzy… hmm i dla mnie ich na razie nie skąpi.
Trwają kolejne projekty budownicze domów, kończę już drugi dom… przy czym z każdą położoną cegłą uchodzi trochę cierpliwości…. bo to cegły ukradną sąsiedzi, a to cement zmieszany i się słabo klei… a to współpracownicy zabalowali… jednego nawet na imprezie budowlanej maczetą zabili… ale nie o cegły poszło, ale o kobietę…
Tworzę ludziom miejsca pracy, po urządzeniach do malowania paznokci kobiecych kupiłem zamrażarkę, dzięki której matka z trójką dzieci ( jedno z nich ma zespół Downa ) będzie mogła pracować i sprzedawać lód i lody. Wielka to radość przejeżdżać obok i widzieć jak wraca radość z życia. I przy tej całej bezsensownej dyskusji o aborcji trzeba ocalać człowieka nie gadaniem i komunikatami, ale konkretem.
Odwiedzając chorych dziękuję Bogu za wszystko, co mam. Ilu z nich śpi na słomie nie mając swojego materacu. Moja nowa akcja to kupowanie materacy dla obłożnie chorych. Materac zwykły z gąbki z pokrowcem i ceratą to koszt 80 euro… A ile radości widzieć śpiącego na czystym łóżku staruszka…
Rozpoczęliśmy nowy rok z nowymi pomysłami i osobami. Szukam ciągle nowych pomysłów dotarcia do nowych ludzi. Priorytety to katechizacja wszystkich, taka niedzielna, katecheza dzieci oraz troska o współpracowników. I więcej bycia na kolanach osobistego i wspólnotowego, bo albo jesteśmy Jego, albo to wszystko do niczego nie służy.
Z czasem nabieram chytrości kościelnej w pertraktowaniu z biskupem. Trzeba odkryć słabości, aby wiedzieć, gdzie uderzyć, oczywiście wszystko w dobrej wierze… Moja taktyka nazywa się nigdy trzy razy NIE. W czerwoniźmie nawet biskupi mentalnie tkwią, więc papierokracja i oczekiwanie… cóż z cierpliwością to nie idzie mi najlepiej… Do biskupa należy wchodzić z miną smutną i udawać lekko niedorozwiniętego… zapytać jak się czuje i powiedzieć, że wszystko całkiem dobrze… i ze spuszczoną głową (musi zauważyć, że coś jest nie tak) poprosić o dwie rzeczy, których spełnić nie może teraz albo w ogóle… odpowie dyplomatycznie albo jedynie pochrumka… trzeba przywyknąć… jak już poczuje się z tym źle, że odmawia dwukrotnie… przedstawić nieśmiało trzecią prośbę, o którą mi w tym momencie chodzi… nawet najbardziej twarda sztuka powie tak… Od wilgoci zepsuł się komputer… potrzebowałem myszki do mniej popsutego, aby w miarę możliwości działał… Myszki kupić się da, bo nie i kropka.
Udaję się w podróż do biskupa i jak to u biskupa wszystko staje się problematyczne i trudne…
Wchodzę i siadam, zapytowuję serdecznie o zdrowie (sam też zakaszlam, żeby nie czuł się obco i gorzej) i mówię jak to wszystko pięknie kwitnie w parafii… Przechodzę do taktyki: nieśmiało pytam, na wszelki wypadek ze spuszczoną głową kiedy Padre ( Biskupie) zmienisz mi samochód (zdanie niewykonalne), bo ten sprawia, że przed każdym wyjechaniem z domu muszę przyjmować namaszczenie chorych na wypadek śmierci… Biskup po chrumknięciu odpowiada mową kościelną o trudnościach chcąc nieudolnie powiedzieć nie da się… Spuszczam jeszcze bardziej głowę i szukam drugiego nie… kiedy naprawią mi dzwon i dzwonnice, bo zalewa się deszczem obfitym… Biskup już nie tylko chrumknął, ale i brwi pogładził i przetarł czoło i powiedział tak, tak kiedyś na pewno, ale tyle spraw ważniejszych…
Czas na atak i trzecie pytanie, które wszak pierwszym być miało – potrzebuję myszki… Ależ wydaje mi się, że Padre dziś nie w humorze (tu spodziewać się reakcji odwrotnej), więc już więcej nie pytam… ale żebym tak nie wracał do domu z niczym mam prośbę prywatną… potrzebuję myszki do komputera, ale rozumiem Padre nie w humorze, nie ma, nie może, musi zapytać o zdanie w magazynie (spodziewać się reakcji na obnażenie słabości władzy)…. I gdy zaczynam wychodzić Biskup wstaje z kluczami i prowadzi prosto do magazynu…. a jednak może… i triumfalnie wręcza mi nowoczesną myszkę pytając jeszcze niebieską czy czerwoną… z przekory wybieram niebieską i uśmiecham się głupawo aczkolwiek wdzięcznie… I co można uszczęśliwić Biskupa w taki prosty sposób? Można, ale nie byłbym to ja, gdybym nie wykorzystał okazji, wszak jesteśmy w magazynie. Pierwszy raz bez trzech kopii papierów, trzech podpisów i wielu tłumaczeń… Spoglądam na papier do drukowania i super mazaki takie grube, chyba jakieś zagraniczne… Biskup już światło gasi widząc blask w moich oczach, więc dodaję: Pamięta biskup moje dzieci w Charco, co tak ładnie odpowiadały na pytania… nie mają czym pisać, da Padre trzy mazaki proszę… i patrząc w oczy biorę je do ręki i mówię: Gracias Padre! Cóż, wszak gwałtownicy zdobywają Królestwo Niebieskie dodaję: Papier też się przyda i nie patrząc w oczy Biskupa biorę ryzę i żegnam się z Biskupem. Takie małe radości z życia misjonarza.
Jak zawsze z wdzięcznością za Wasze serce i dobroć przedstawiam mały raport wydatków.

Lista wydatków z hojnych ofiar moich przyjaciół sierpień – wrzesień ( w euro ):

wydatki zwyczajne:
żywnościowe z dużą dostawą prawdziwego mięsa – 180
paliwo i transport – 230

wydatki związane z duszpasterstwem
wakacje w parafii dzieciom – 340
rekolekcje młodzieży – 230
spotkanie i rozpoczęcie roku katechetycznego – 134
pielgrzymka do el Cobre – 55
zjazd księży Polaków – 90

wydatki budownicze:
dokończenie domu – 100
budowa domu – 370
utworzenie miejsca pracy matce z dziećmi – 605

inne:
środki czystości chorym – 50
lekarstwa – 68
wózek dla dzieci – 80

To wszystko z tych drobnych wielkich ofiar więc w tym miesiącu modlę się za Was we Mszach Świętych.
W przyjaźni i z wdzięcznością Adam

Jiguani 8 października 2016